sobota, 23 kwietnia 2016

Aktualizacja włosowa - zdjęcia, moje kosmetyki i metody na zadbane włosy

Cześć :)

Przyznaję się bez bicia - to pierwszy post tego typu, jednak z racji, że zostałam zasypana mailami odnośnie aktualnej kondycji, gęstości moich włosów, a także pytaniami odnośnie ŁP, z którym się borykam, postanowiłam Wam pokazać, co stosuję i jak dbam o moje marudy :)

Część moich stałych czytelników pewnie wie i pamięta, że moja włosowa historia (MWH) pojawiła się na blogu Anwen w wakacje zeszłego roku. Byłam chyba dość nietypową historią, bo właściwie nigdy nie farbowałam włosów (poza jedną szamponetką), nie rozjaśniałam (jedynie rumiankiem i cytryną :P ), zdarzało mi się prostować włosy, natomiast nie traktowałam ich nigdy jakoś tragicznie.
Dopiero studia były dla nich tragicznym okresem, a załatwił mnie stres i moje własne geny. Moja Włosowa Historia KLIK jest w całości u Anwen, więc tam mogę Was odesłać po więcej zdjęć i szczegółów.

Ostatni raz podcinałam włosy w listopadzie (mamy prawie maj, więc dawno, dawno temu) - o dziwo nie mam zniszczonych końcówek, nic mi się nie rozdwaja. Suszę je bardzo rzadko, myję wieczorem, chodzę spać z mokrymi, przerzuconymi za poduszkę (bo już są takie długie <3). 
Cel: zapuszczać dalej ;)

włosy nieukładane, jedynie rozczesane po nocy, zdjęcie bez światła

Moja objętość kucyka to aktualnie coś koło 6.5-7cm, a z racji, że na wiosnę zaczęły mi trochę wypadać, w użycie weszły znów wcierki od dermatolog i Revalid (+ Capivit A+E, witamina D i zdrowa dieta).


Aktualnie używam: szampon z YR wersja na objętość, którą stosuję zamiennie z Green Pharmacy rumiankowym (mam wrażenie, że szampon YR, dłużej stosowany, trochę wysusza mi włosy), po myciu obowiązkowo Odżywka Regenerująca z YR, której zapach uwielbiam - do tego bardzo ułatwia rozczesywanie włosów po myciu. Niebieską oliwkę Babydream zamieniłam na wersję dla mam i rzeczywiście - chyba jednak przyznam, że jest lepsza. Staram się olejować włosy minimum dwa razy w tygodniu, co nie zawsze jest takie łatwe (za to za łatwo mi się o tym zapomina). Lubię wcierać olejek rycynowy w skalp głowy. Metoda naszych babć, która dobrze wzmacnia cebulki i powoduje wysyp baby hair.

Nie przepadam za noszeniem włosów rozpuszczonych (trochę wiatru i mam je w oczach, buzi i wszędzie indziej), tak samo niewygodnie ćwiczyłoby mi się w rozpuszczonych (do tej pory zachodzę w głowę, jak Chodzia robi Skalpel z tymi włosami latającym swobodnie).

Od mniej więcej miesiąca używam tylko i wyłącznie InvisiBobble (dobra, Hebe miało promocję, więc kupiłam 2 opakowania). Wcześniej używałam elastycznych tasiemek, takich, jak widoczna na zdjęciu pomarańczowa (ta akurat z H&M, wcześniej miałam z Under Armour i kochałam je miłością bardzo szczerą - niestety, po dłuższym czasie namiętnego stosowania, po prostu się rozciągnęły). InvisiBobble wymaga trochę innego ściągania z włosów - muszę najpierw odwinąć ją częściowo, dopiero zsunąć z kucyka), ale świetnie trzyma włosy w ryzach podczas treningu. Fakt, że nie muszę jej poprawiać, jest niesamowicie wygodnym :).

Pewnie zaraz ktoś zapyta - a co z maskami? Mam jeszcze resztę Kallos Keratin (to się kiedyś kończy? Oddałam połowę Mamie i dalej męczę 1/3 opakowania!), która jest dla mnie ot, taką po prostu maską i nic nadzwyczajnego z moimi włosami nie robi. Chyba jednak wolę Biowaxa do blondu, który fenomalnie podkreślał mój miodowy blond. To samo robił Timotei do Blondu, stara wersja w żółtych opakowaniach, których już nie ma :(

Co z moim ŁP? Zawsze bacznie obserwuję ilość wypadających włosów. Niestety borykam się znów z małym ogniskiem, które na szczęście szybko zaczęło mi odrastać (i oby to już było ostatnie! Trzecie i ostatnie zarazem :/), więc muszę siedzieć z tymi śmierdzącymi wcierami i łykać suplementy. Kibicuję wszystkim, którzy cierpią na ŁP - mi systematyczne dbanie o włosy, jak widać na załączonych zdjęciach - bardzo pomogło.

Jak dbacie o swoje włosy? Czy ktoś z tu obecnych też walczy z ŁP? 

Buziaki!


środa, 23 marca 2016

Dobra mata do ćwiczeń do inwestycja w komfort - test maty firmy Sissel + zdjęcia

Cześć!

Mam nadzieję, że tak samo jak ja, mimo niemocy związanej z przesileniem wiosennym, ruszyliście do boju :) . Pogoda za oknem znów przestała zachęcać do wyjścia, co ostatnimi czasy sprawiało, że z chęcią zostawałam w domu. A powód tego już Wam przestawiam :)

Nie tak dawno, widząc moje rehabilitacyjne boje i poszukiwania dobrej maty, napisała do mnie firma Sissel z propozycją testu maty do ćwiczeń. Mimo, że mata, którą kupiłam po powrocie z wakacji, spisywała się dobrze, wciąż brakowało mi w niej paru cennych cech.
Z produktami Sissel już miałam okazję się zetknąć (m.in parę lat temu na rehabilitacjach), i też na nich ćwiczyłam, a mata, jako nowy produkt na rynku, wydawała się być świetnym uzupełnieniem moich aktualnych treningów.

Po kilku dniach zawitał do mnie kurier z paczką. A ja, jak na człowieka wyczulonego na wszystko przystało, mogłam przetestować, czy mata rzeczywiście będzie tak dobra, jak wskazywałaby na to jej cena.

I wcale nie planowałam jej oszczędzać na testach :)


Pierwsze wrażenie po wyjęciu maty - wow, ale ona jest gruba! Przypominała mi w dotyku matę stabilizacyjną do wzmacniania mięśni równowagi, z którą miałam ostatnio do czynienia - i moje pierwsze skojarzenie okazało się wcale nie być mylne. Złożona na pół służyła idealnie do ćwiczeń stabilizacyjnych, gdzie w moim przypadku ważne było nie tylko utrzymywanie odpowiednio napiętych mięśni, pozycji miednicy i czterech punktów podparcia stopy, ale też i pozycji kolana.Wykonywanie na niej przysiadów, szczególnie na jednej nodze, okazało się być większym wyzwaniem, niż sądziłam.
Pod tym względem okazała się być wielozadaniowa - nie tylko jako stricte mata do ćwiczeń, ale też jako podkładka do ćwiczenia balansu.


Po rozłożeniu mogę na niej spokojnie zrobić szpagat i moje nogi zmieszczą się na macie - imponujące 180cm długości, zadowoli wysokie osoby, ale też i takie, które jak ja, nie lubią obijać sobie pięt i kolan podczas robienia szpagatów. Pożegnałam się z siniakami, bo 1.5cm miłej, nieśmierdzącej pianki pozwala na robienie ćwiczeń na kolanach godzinami :) . Mimo, że nie jest gładka, nie pozostawia odgnieceń na skórze (a to jest rzecz, której nie znoszę!)
Chudzielce, to mata dla Was - zapomnicie o tym, jak twarda potrafi być podłoga ;)

Szerokość maty, dość standardowa - 50cm. Moja poprzednia jest w tym przypadku aż o 1cm szersza, jednak przy mojej tendencji do rozstawiania za szeroko łokci przy pozycji deski, węższa mata przymusza mnie do trzymania ich bliżej ciała. Nie ukrywam - lubię szerokie maty, ale wtedy musiałabym zainwestować w większą powierzchnię do ćwiczeń - o to akurat jest dużo trudniej ;)


Mata bez zarzutu sprawdza się podczas dynamicznych treningów - nie wyciąga się przy dynamicznych ćwiczeniach, dzięki czemu nie tracimy równowagi. Przykleja się do podłogi nie tylko dzięki swojej wadze (nie jest to leciuteńka mata, ale też jak na takie wymiary i grubość pianki nie jest ciężka), ale też i fakturze materiału, z którego została wykonana. 

Jej czyszczenie nie sprawia większego problemu, choć też nie ubrudziłam jej niczym mocno :)
Jest to jednak sprzęt - tak bym to określiła - stacjonarny, a więc nie nadaje się do noszenia jej na np. zajęcia z jogi - jest spora i zbyt ciężka na wędrowanie z nią.


Czy cena maty jest adekwatna do jej jakości? To rzecz, której nie da się opisać po tak krótkim testowaniu, bo, jak wiadomo - każdy sprzęt z czasem zużywa się i niszczy. Widziałam sprzęt tej firmy, który był często używany i przez długi czas sprawował się dobrze - mam też nadzieję, że tak będzie i z tym przypadku.

Czy kupiłabym matę? Gdyby na to pozwalały moje finanse i budowałabym domową siłownię - czemu nie :) Wtedy na pewno dużo bardziej zależałoby mi na jakości sprzętu. Gdybym budowała salkę do rehabilitacji, na pewno postawiłabym na sprzęt dobrej jakości i na pewno skusiłabym się na matę tego typu - sama zresztą widziałam maty tej firmy w gabinetach fizjoterapeutów, co też było argumentem za, gdy zgadzałam się na test tej maty.

Na koniec dzisiejszego posta - chciałabym Was zachęcić do zaopatrywania się w sprzęt dobrej jakości, gdyż na pewno ma to ogromny wpływ na nasze zdrowie i komfort ćwiczeń. Widziałam wiele urazów spowodowanych przyrządami o wątpliwej jakości, a szkoda naszego zdrowia - akurat to mamy tylko jedno.

wtorek, 22 marca 2016

Okiem Studentki Medycyny - odpowiedzi na Wasze pytania

Oto przed Wami kolejny post z serii OSM. Dziś chciałabym pozbierać wszystkie pytania odnośnie studiowania medycyny, które mi zadajecie. Wiele z nich się powtarza, stąd też uważam, że już jest czas na to, by odpowiedzieć na nie wszystkie!

Mam ogromny dylemat co do studiowania medycyny. Za dwa miesiące mam maturę. Nie jestem perfekcyjnym szóstkowiczem, za to jestem zdolna, ale leniwa. Bardziej rozumiem, niż kuję. Szczerze, to kompletnie nie potrafię kuć na pamięć. Myślałam nad medycyną nawet nie z powołania, ale uważam to jako pewien sukces. W końcu ciężkie studia, dobra praca, szacunek i zarobki. Sama medycyna nawet mi się podoba, a najbardziej specjalizacja psychiatryczna. Tak, postanowione, chciałabym i mogłabym być psychiatrą. Czuję, że mam predyspozycje. Ale tutaj mam problem, czy warto... Czy warto przesiedzieć dosłownie dziesięć lat na medycynie, o której słyszałam wiele strasznych rzeczy (na czele z kuciem na blachę materiału), aby na finiszu zostać psychiatrą. Myślałam o alternatywie - psychologii, ale wiadomo co się teraz dzieje z tym kierunkiem. Za dużo studentów, za mało miejsc pracy.Do czego zmierzam, to bardzo chciałabym prosić o radę, czy jako osoba zdolna (tak jestem określana przez osoby z otoczenia i rzeczywiście jestem jedną z tych lepszych w klasie. Dużo też wynoszę z lekcji), ale niestety nie potrafiąca siedzieć przed książkami codziennie przez wiele godzin, jestem w stanie przetrwać na medycynie i potem prowadzić spokojniejszą pracę lekarza (już nie jest ważne jakiego), od której już nie będzie wymagane wkucie na blachę nazw związków chemicznych i kości człowieka, a intuicyjne myślenie, rozwiązywanie problemów i kreatywne decyzje, w których lepiej się odnajduję. Proszę o radę albo chociaż przybliżenie tego, co dzieje się na medycynie i czy osoba taka jak ja, według Twojej oceny, dałaby sobie radę.
 Pytanie o to, czy "dam radę?" dostaję w większości maili i chciałabym się do niego odnieść nie tylko jednym z ostatnich postów odnośnie sukcesów i dawania rady KLIK . Poza tym, chciałabym Ci wspomnieć jeszcze o jednym... nawet jeśli w liceum nie lubiłaś specjalnie się uczyć, to jednak jakiś topór nad głową przychodził tuż przed sprawdzianami, prawda? ;)
Z czasem nauka zajmuje mniej czasu, bo mózg ćwiczony zapamiętuje dużo lepiej.


Czy uważasz, że warto iść na te studia dwa lata po właściwej maturze czy to już za duża strata czasu?
To zależy, czy chcesz patrzeć na swoje życie przez pryzmat straconego czasu, ale pewnie wtedy musiałabyś uwzględnić scrollowanie portali społecznościowych. Nigdy nie jest za późno na spełnianie swoich marzeń. Nigdy nie jest za późno na realizację projektów, które siedzą Ci w głowie. Mam na roku osoby, które już mają mgr, czy też licencjat. Studiują. Dalej. Na pewno decyzja o studiowaniu kolejne parę lat wiąże się z pewnymi problemami (np finansowanie studiów - stancja, książki, fartuchy), a praca na medycynie to średni pomysł (chyba, że w wakacje), ale jeśli masz takie możliwości i naprawdę tego chcesz - dwa lata po maturze, to jest nic.

Jaka byla najgorsza i najlepsza sytuacja z jaka sie spotkałas? Co bylo dla Ciebie najwiekszym wyzwaniem jesli chodzi o praktyki/zajecia?

Hmm.... najgorsza, to gdy trafiliśmy na sekcję zwłok i nikt nam nie powiedział, że będzie to sekcja noworodka-wcześniaka... Do tej pory pozostawiło to niezbyt miły dreszcz na samo wspomnienie. Najlepsza? Asystowanie do operacji, szczególnie dwie utkwiły mi w pamięci.
Największym wyzwaniem było wstawanie rano ;) A tak serio - jeśli trafiłam na praktykach na fajnych opiekunów i chcieli coś pokazać, potrafiłam siedzieć w szpitalu dużo dłużej, niż przewidywałby to program praktyk. O zajęcia - zawsze na pierwszych latach problematyczne może być podejście do pacjenta, zbieranie wywiadu, pytania które zadajemy, bywają krępujące nie tylko dla pacjentów, ale i dla nas. Pacjenci, którzy chorują na ciężkie choroby, takie, które znacznie skracają długość życia - a z takimi mamy do czynienia. Nie wiemy, jak się zachować, jak pytać, sami różnie podchodzą do swojej choroby, mają lepsze i gorsze nastawienie. Dużo jest trudnych sytuacji na studiach, nie ma co ukrywać.

Jakieś rady dla kl.2 biol-chem? :D jakie masz swoje doświadczenia z tego okresu?Jestem na Uniwersytecie Licealistów (takie zajęcia a'la przedsmak studiów, dla licealistów, na uniwersytecie medycznym). Uważam, że to fajna inicjatywa, można się trochę zetknąć jak to wygląda (np. widzieliśmy już ludzkie preparaty i poczuliśmy zapach formalinki...). A i jest szansa dostać kilka punktów do rekrutacji. Jest to na tym uniwerku na który się wybieram <3Co o tym myślisz? Czy gdybyś miała taką możliwość też wzięłabyś udział?
 
Ciekawa inicjatywa, rzeczywiście :) Czemu nie, doświadczenia w życiu to cenna rzecz. Jakie rady? Jeśli nie chcesz tuż przed maturą panikować, że nic nie umiesz, możesz się zacząć uczyć już teraz. Ja osobiście mam dość frywolne wspomnienia z tamtego okresu :D W końcu wszyscy jesteśmy ludźmi ;)

Byłaś w dobrym liceum czy takim przeciętnym?
Ponoć jednym z najlepszych, aczkolwiek nie uważam, by to ściśle przekładało się na moje wyniki i poziom wiedzy. Przed maturą, oprócz korepetycji i kursu z biologii uczyłam się sporo sama i to dzięki temu też osiągnęłam niezłe wyniki.


Dużo słyszy się o wyścigu szczurów na medycynie i dużej presji: jak jest u Ciebie? Istnieje wzajemna studencka pomoc czy każdy pracuje dla siebie i nie udostępnia materiałów innym? Dużo czasu poświęcasz na naukę? 
Dużo zależy od uniwersytetu i nastawienia studentów. Słyszałam o niektórych uczelniach, że studenci potrafią przekładać szpilki na egzaminie praktycznym z anatomii, żeby osoba za nimi już napisała co innego. Sama osobiście się z tym nie spotkałam, mam znajomych na wyższych latach i raczej wszyscy sobie pomagają. Dzielimy się materiałami, co sporo ułatwia (bez tego nie mam pojęcia, jak zdałabym niektóre egzaminy, bo ćwiczenia i wykłady nijak nie odnosiły się do samego egzaminu).
Ile poświęcam na naukę? Różnie. Zależy od przedmiotu. Są takie przedmioty, na które mogłabym nawet nie czytać, bo chłonę wiedzę na zajęciach, są takie, że mogłabym siedzieć dzień i noc i tak nie będę pamiętać. Wszystko zależy od predyspozycji i upodobań ;)

Sama swego czasu myślałam o medycynie, ale ostatecznie uznałam, że nie dam rady. Że to dla mnie zbyt duża odpowiedzialność. W związku z tym jak Ty radzisz sobie z tą odpowiedzialnością? :) Ze świadomością, że od Twojej wiedzy będzie zależało ludzkie życie? I czy myślałaś już o specjalizacji? :) 
Ja swojej decyzji o specjalizacji póki co nie zmieniłam od trzeciego roku studiów, ale nie jest powiedziane, że się nie zmieni. Jak sobie radzę? Uczę się. Wiem, że to właśnie moja wiedza w większości będzie mnie chroniła przed negatywnymi skutkami odpowiedzialności za ludzkie życie.


Pozbierałam komentarze i pytania pojawiające się pod różnymi postami. Jeżeli jeszcze nie rozwiałam Waszych wątpliwości, dajcie znać, a z chęcią na nie odpowiem!

M.


 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...